Pistons are here!! You in!?

Czas wybudzać się z letniego snu. Liście spadają z drzew, dzieci idą do szkoły - to znak, że zaczyna się preseason. Nie będziemy śledzić tych zmagań, choć w tym roku znaczą więcej, bo nareszcie jest coach, który wprowadzi jakiś system i jest się czego uczyć. Zamiast tego, zastanówmy się dlaczego oglądać Pistons w sezonie 2014/15 i na co zwracać uwagę. Oto moje propozycje:

#1. Stan Van Gundy
Pistons nie mieli tak kompetentnego coacha od czasów Larry'ego Browna. Flip Saunders jest blisko, ale stawiam Stana nieco wyżej. Dodajmy, że sprawuje również rolę prezydenta ds. operacyjnych i mamy przed sobą lata wdrażania spójnej wizji, za którą będzie odpowiedzialny jeden człowiek. Dość już zastanawiania się, czy Joe Dumars podlegał naciskom, na ile jego decyzje były suwerenne i takie tam. Van Gundy, wraz z coraz większym sztabem doradców, analityków, skautów i trenerów będzie wdrażał wizję, którą sam stworzy. Nie spodziewajmy się również, że Tom Gores będzie mu przeszkadzał, choć pozostaje podobno na bieżąco i jest zaangażowany.

Jaki system zaimplementuje Van Gundy? Czy będzie chciał się oprzeć na jednym wysokim otoczonym strzelcami, jak w Orlando? Na razie skład mu na to nie pozwala. Poza tym, w Miami grał dwoma wysokimi. Nie należy więc czegokolwiek zakładać. Jak rozegra rotację wśród wysokich  - czy postawi na wszechstronność i lepszą defensywę Josha Smitha, czy umiejętności ofensywne Grega Monroe. Zapewne sam jeszcze do końca nie wie. W obronie spodziewałbym się realizacji znanych założeń, które sprawiały, że drużyny prowadzone przez Stana zawsze były w czołówce ligi. Pozostawanie przed swoim zawodnikiem, kosztem ryzykowania przechwytów, szybki powrót do obrony, zamiast przesadnego atakowania deski w ofensywie - tak to może wyglądać.

Ale pamiętajmy o jednym. Van Gundy przejmuje drużynę z niedopasowanym składem, fatalną w obronie i z poważnym niedostatkami. Cudów nie zrobi, ale liczę, że szczególnie w drugiej połowie sezonu, doprowadzi Pistons do solidności.

Natomiast Stan Van Gundy jako odpowiedzialny za sprawy personalne i dobór zawodników to niewiadoma. Na razie nie udało mu się przedłużyć umowy z Gregiem Monroe, choć nie ma w tym jego winy. Monroe wyżej ceni niezależność w przyszłym roku niż podpisanie lukratywnej umowy już teraz. Sterowanie tą sytuacją z pozycji coacha i menedżera to główne wyzwanie. Na razie Van Gundy podpisał kilku strzelców, żeby poprawić fatalny spacing. To powinno pomóc.

Natomiast kluczowe decyzje Van Gundy podejmie jako coach. Jest jednym z najbardziej utalentowanych szkoleniowców ostatnich 15 lat. Uparty, drobiazgowy, zawsze doskonale przygotowany. Miał swoją szansę w Miami, ale Pat Riley zstąpił z fotela GMa i przejął drużynę, którą doprowadził do mistrzostwa. W Orlando zbudował świetny zespół otaczając Dwighta Howarda solidnymi, ale nie wybitnymi graczami. Doszli do finału, gdzie zostali odprawieni przez Lakers. Teraz ma pełnię władzy, obiecującego młodego centra i czas, żeby w końcu móc powiedzieć: do trzech razy sztuka!

I jeszcze jedno. Van Gundy nie przepada za mediami, ma cięty język i nie waha się wyrażać krytycznie o swoich graczach, jeżeli na to zasłużyli. I choć od przeprowadzki do Detroit robi wrażenie spokojnego i pogodzonego ze sobą, wystarczy kilka szalonych akcji Brandona Jenningsa i możemy liczyć na naprawdę interesujące wywiady i konferencje pomeczowe.

#2. Andre Drummond
W swoim debiutanckim sezonie Drummond wykazał się nadzwyczajną produktywnością, grając jednak tylko po 20 minut. Mo Cheeks nie popełnił już przynajmniej tego błędu i wystawiał Dre na ponad 32 minuty. Rezultaty? Średnio 13,2 zbiórek, 13,5 pkt. głównie z wsadów i lay up'ów. Tak, Dre wciąż jest surowy. Ale nie ma co narzekać. Tak naprawdę, jeżeli nigdy nie wypracuje rzutu z półdystansu i nie nauczy się dobrze grać tyłem do kosza, nie szkodzi, o ile wciąż będzie biegał jak sprinter i skakał jak młody Dwight Howard. Waży pod 130 kg, a potrafi wyjmować piłki rozgrywającym i kończyć w kontrze. To się po prostu ma!


Co porabiał w lecie? Ano, zakwalifikował się do kadry Mike'a Krzyżewskiego na mistrzostwa świata w Hiszpanii. Choć nie grał dużo i przeważnie kiedy już było pozamiatane, trudno sobie wyobrazić lepsze warunki do rozwoju niż treningi z najbardziej utalentowanymi młodymi graczami na świecie, pod okiem jednego z najbardziej utytułowanych coachów w dzisiejszej koszykówce. No i przywiózł do domu złoty medal. Czego chcieć więcej!?


Pod okiem Van Gundy'ego Drummond może nie tylko dalej rozwinąć skrzydła, ale stać się jednym z najlepszych centrów w NBA. Koncentracja i uważność, której będzie wymagał Van Gundy, pomoże mu stać się lepszym obrońcą i ustabilizować formę. W razie problemów, musi uważać, bo z przodu ma silną konkurencję. Jednak nikt nie ma do zaoferowania tyle co Wielki Pingwin. Word up Dre!!

#3. Greg Monroe
O ile Drummond jest najbardziej wartościowym graczem Pistons, to Greg Monroe jest po prostu najlepszy. Technika, inteligencja, umiejętność dostosowania się. Wierzę, że Monroe jest graczem wokół którego można budować formację podkoszową dobrej drużyny. Jednak czy tą drużyną mogą być Tłoki? Oprócz Wielkiego Pingwina, Łoś ma jeszcze konkurencję w osobie Josha Smitha. Van Gundy nie robił mu żadnych obietnic i Monroe zdecydował się odrzucić propozycję lukratywnego kontraktu, żeby dograć jeszcze sezon na bieżącej umowie, a potem być niezastrzeżonym wolnym agentem i móc decydować o własnym losie. Odważny ruch. Czy to więc ostatni sezon Łosia w Motown? Niekoniecznie. Ale na pewno będzie chciał dobrze ocenić sytuację. Czy Van Gundy będzie go wystawiał w pierwszym składzie i wykorzystywał w końcówkach, jak będzie wyglądała rotacja wysokich? To podstawowe pytania. Tymczasem, rozdrażniony i zmotywowany Łoś będzie grał na 100%, żeby pokazać swoim przyszłym pracodawcom na co go stać. Jakakolwiek rola przypadnie mu w sezonie 2014/15, stawiam, że będzie kręcił solidne statystyki. Miejcie na niego oko. Warto!!

#4. Brandon Jennings
Tak, wiem. Russel Westbrook, Chris Paul, Steph Curry, Tony Parker, Derrick Rose, John Wall, Rajon Rondo, Goran Dragic, Damian Lillard, Mike Conley, Ty Lawson, Eric Bledsoe, Kyle Lowry. Bogactwo na pozycji rozgrywającego jest tak wielkie, że kto by sobie zawracał głowę kimś takim jak Brandon Jennings! Ale jesteśmy w Detroit. Poza tym, myślę, że dla Jenningsa jest nadzieja. 37% z gry nie da się obronić, ale 7,6 asyst już tak. Jennings pokazał, że wciąż ma zamiłowanie do trudnych rzutów, oddawanych z nieprzygotowanych pozycji w ostatnich sekundach. Ale też udowodnił, że ma przegląd pola i umie obsłużyć kolegów podaniem w perfekcyjny sposób. Pamiętajmy też, że Jennings był częścią naprawdę dobrych defensywnie składów w Milwaukee. Nigdy nie będzie dobrym obrońcą, ale wierzę, że Van Gundy może go wkomponować w system, w którym ten będzie przynajmniej przydatny. Natomiast, jeżeli w ataku uda się nieco przenieść akcent ze swag na dyrygowanie zespołem i realizowanie taktyki, to już sukces. Jeżeli nie, spodziewajmy się wielu personalnych wycieczek na linii Jennings - Van Gundy, co może dostarczyć przedniej rozrywki.



Dylemat Grega Monroe

Pistons są dysfunkcyjną drużyną. Stan Van Gundy próbuje zrównoważyć skład dodając strzelców obwodowych. Jodie Meeks, Caron Butler, Cartier Martin, D.J. Augustin czy rookie Spencer Dinwiddie mają zrobić więcej miejsce dla behemotów w środku. Ale przy tak wielu dziurach i po kilku latach zawiedzionych nadziei większość fanów będzie sceptyczna co do możliwości szybkiej i znaczącej zmiany na lepsze.

Jednak obecny stan jest i tak o wiele korzystniejszy niż ciemna rozpacz lat 2010 - 2012, kiedy oprócz źle skomponowanego składu, mieliśmy jeszcze niepewność co do przyszłości klubu w obliczu sprzedaży i   toksyczne wyziewy z szatni. A  pośrodku tego wszystkiego biedny, nie mający pojęcia co począć John Kuester. W tamtych, niezbyt odległych, czasach jedyny promień nadziei stanowiła postawa młodego centra Grega Monroe, który po cichu robił swoje, przeistaczając się z zadaniowca w coraz bardziej kompletnego gracza. Ledwo udało mu się zdobyć większą rolę w ofensywie, pojawił się Andre Drummond, który swoją dynamiką i skocznością miał uzupełniać naziemną grę Monroe, ale jednocześnie wypychał Grega na nowe terytorium, dalej od obręczy. Monroe próbował, z marnym skutkiem, rozszerzyć swoje umiejętności o rzut z półdystansu, oraz uruchamiać ofensywę podaniami z okolic "łokcia". Zagęszczenie pola Joshem Smithem, którego pozyskanie przez wiele lat było marzeniem fanów w Detroit, ostatecznie spotęgowało problemy z rozciągnięciem strefy. Dodajmy brak jakiejkolwiek strategii, która wykraczałaby poza pierwszą/drugą opcję w ofensywie, a szczególnie w obronie, i mamy kolejny czarny scenariusz pt. "nie umiemy nawet wykorzystać tego co mamy".
Dotychczas Monroe był wzorowym uczniem i obywatelem. Nie wdawał się w kontrowersje, zachowywał się profesjonalnie na boisku i poza nim. Jednak widać było, że w zeszłym sezonie nie był zadowolony z roli w ofensywie, tudzież jej braku. Teraz jest zastrzeżonym wolnym agentem, czyli Pistons mają prawo wyrównać jakąkolwiek ofertę złożoną mu przez inny klub, a sami mogą zaproponować dłuższy, bardziej lukratywny kontrakt. Jednak impas trwa i przyszłość niedawnej największej nadziei Pistons wciąż jest niepewna. Może jest to taktyka negocjacyjna agenta Monroe Davida Falka. Ale coraz więcej wskazuje na to, że Greg po prostu nie chce grać w drużynie, która nie jest mu w stanie zagwarantować miejsca w pierwszej piątce i/lub prominentnej roli na boisku. Wiele rozwiązałoby pozbycie się Smitha, ale Stan Van Gundy nie chce go oddać za bezcen (Sacramento było ponoć zainteresowane wymianą za graczy w ostatnich latach kontraktów) i dawał sygnały, że znajdzie mu odpowiednią rolę, w której ten stanie się bardziej efektywny. Może Van Gundy chce najpierw zobaczyć co da się zrobić z trójką wysokich, zanim podejmie decyzje. W tej sytuacji nie może niczego gwarantować. Jednak klub ceni Monroe. Nie wiadomo tylko czy jako filar drużyny, czy bardziej jako kandydata do wymiany w końcówce okna transferowego. Tego chyba nikt nie wie, a Monroe musi podjąć decyzję, czy akceptuje tą niepewność osłodzoną lukratywną umową, czy zaryzykuje dogranie roku na niskim kontrakcie, żeby przyszłego lata być wolnym agentem i móc samodzielnie zdecydować o swojej przyszłości. Opcja druga ekstremalna byłaby ryzykowna ze względu na możliwość kontuzji. Natomiast Pistons nie mogliby wymienić Monroe do innego klubu bez jego zgody, więc ryzyko po stronie Detroit byłoby jeszcze wyższe. Sytuacja jest więc bardziej skomplikowana niż jeszcze niedawno można by przypuszczać.
Monroe i Drummond - zgodne małżeństwo czy deptanie sobie po palcach?
Od pojawienia się Drummonda w Detroit większość fanów była przekonana,  że oto mamy wyjątkowo mocny fundament, na którym można budować drużynę na kolejną dekadę. W końcu jaki klub ma dwóch tak obiecujących młodych wysokich? W tej sytuacji Monroe miał być tym, który podaje z łokcia, gra tyłem do kosza i trafia z półdystansu, a Drummond miał biegać, niszczyć obręcze i wysyłać wszystkie lejapy w kierunku fanów, oczywiście tłumnie zgromadzonych, siedzących gdzieś daleko w ostatnich rzędach. Sprowadzenie Josha Smitha skomplikowało sprawę i nie pozwoliło się przekonać jak naprawdę mogłoby to wyglądać. Ale czy naprawdę Smith jest tu sednem problemu? Jego obecność przynajmniej pozwoliła Monroe częściej grać na centrze, gdzie wciąż czuje się najlepiej. Próbuje rozwinąć swoją grę, ale dopóki nie nauczy się regularnie trafiać, przynajmniej z piątego metra, ciężko będzie stworzyć wystarczająco dużo miejsca w środku. I powiedzmy  sobie wyraźnie: SYTUACJA JEST DLA GREGA BARDZO WYMAGAJĄCA. Całe życie grał na piwocie. Nie wątpię, że chce się rozwijać, żeby być bardziej kompletnym graczem. Natomiast pomysły Mo Cheeksa, który kazał mu pomagać w obronie pick & roll wysoko, czasem do linii trójki, świętego wyprowadziły by z równowagi. To już nie jest rozwijanie umiejętności, tylko stawianie bardzo dobrego gracza w sytuacji, w której nie ma szans wyglądać choćby przyzwoicie. Dlatego brak odpowiedniej strategii, ogólny bałagan i brak sukcesów sprowokował frustrację Monroe w większym stopniu niż tłok na pozycji PF. Można założyć, że Van Gundy będzie sobie radził lepiej niż tandem Cheeks - John Loyer, czy ktokolwiek od czasów Flipa Saundersa, ale wciąż musi rozwiązać dylemat trzech wysokich, przynajmniej żeby rzetelnie ocenić czy mogę koegzystować. Pytanie, kto ma wchodzić z ławki? Odpowiedź: ktoś z dwójki Monroe - Smith. Dlaczego? Bo Drummond jest tak wyjątkowym graczem, a jego umiejętności są kluczowe przy obecnych trendach w NBA. Więc kto jest większą przeszkodą dla Grega? Smith, z którym rywalizuje o minuty na czwórce, gdzie nie czuje się komfortowo, czy Drummond, który ma odmienny styl i inne atuty, ale gra na jego nominalnej pozycji? Oczywiście Dre i Łoś są w podobnym wieku, obaj mają pozytywne nastawienie i mogliby wspólnie się rozwijać. Jednak kwestia czy kiedykolwiek byliby w stanie efektywnie grać w obronie na najwyższym poziomie, szczególnie przeciwko niskim piątkom, pozostaje otwarta. I czy w tej sytuacji Monroe jest gotowy zaufać Van Gundy'emu i związać się z Pistons na kolejne 4-5 lat? Wiadomo, jak nie wyjdzie zawsze jest opcja wymiany. Ale Monroe stracił już dużo czasu w Motown. Czy ma jeszcze wiarę i cierpliwość?
Inne opcje. Jakie i dlaczego tak niewiele.
Monroe ma 24 lata, rzuca średnio ponad 15 pkt. na dobrej skuteczności, zbiera prawie 10 piłek. Dodajmy 2-3 asysty, parę przechwytów i mamy wszechstronnego podkoszowego, który już wiele pokazał i wciąż się rozwija. Wie o tym Monroe, wie również jego agent David Falk. Niestety żaden klub nie zgłosił się z propozycją kontraktu. Po części dlatego, że Pistons deklarowali, że zamierzają wyrównać jakąkolwiek ofertę. Wobec impasu Falk starał się zaaranżować umowę typu sign & trade, gdzie Greg po podpisaniu kontraktu zostałby wymieniony do innego zespołu. Podobno Van Gundy był otwarty na taką propozycję, ale nie znalazł partnerów, którzy w zamian oferowaliby wartościowych graczy trafiających w aktualne potrzeby Pistons. Czas leci i ostatnio pojawiło się coraz więcej analiz sugerujących, że Monroe jest na tyle specyficznym zawodnikiem, że nie jest łatwo zbudować wokół niego dobrą, zwłaszcza w defensywie, drużynę - co miałoby tłumaczyć niewielkie zainteresowanie ze strony innych sztabów. W końcu gracze mniej utalentowani, jak choćby Marcin Gortat, podpisali umowy na 50-60 mil. Jest to odzwierciedlenie oczekiwań wobec dzisiejszych podkoszowych. Dopuszczenie elementów obrony strefowej sprawiło, że trudniej gra się w post up. Z kolei wyeliminowanie hand checking'u i skrupulatniejsze gwizdanie fauli przy penetracjach faworyzuje szybkich obwodowych. Drive & kick jest w centrum strategii ofensywnej prawie wszystkich drużyn, a ograniczenie półdystansu na rzecz trójki i lay up to najnowszy trend, którego gorliwymi wyznawcami są chociażby Houston Rockets. Dużo można by na ten temat pisać, ale skutek jest taki, że od centrów oczekuje się przede wszystkim mobilności, co ułatwia obronę z pomocy, obrony deski przez bloki i zbiórki a w ataku stawiania zasłon i rolowania na kosz. Monroe nikogo nie przestraszy blokiem ani szybkością. Stąd założenie, że może nie warto inwestować dużych pieniędzy w kogoś, kto najlepiej, żeby był sparowany z dobrym wysokim obrońcą, który idealnie, potrafiłby jeszcze zagrozić rzutem z półdystansu - patrz np. Taj Gibson.
Powyższe założenie jest o tyle zrozumiałe co nadużywane. Zespoły buduje się wokół talentu. Miami nie miało gracza typu Tyson Chandler a wygrało dwa mistrzostwa. Al Jefferson jest kiepskim obrońcą, ale Charlotte zbudowało wokół niego bardzo solidnie broniący zespół. Itd, itp. Rozumiem,  że Monroe nie rozwinął się jeszcze na tyle, żeby potencjalni kandydaci byli gotowi ignorować jego niedostatki i skupiać się tylko na atutach. Ale powtarzam, ma 24 lata i przechwycenie go teraz, żeby budować wokół niego drużynę na kolejne lata jest nie tylko rozsądne, ale też bezpieczne, szczególnie biorąc pod uwagę, że miał zero problemów z kontuzjami, a styl gry nie naraża go na ekstremalne przeciążenia. Niektóre zespoły to dostrzegają i są gotowe zainwestować w Grega w ramach wymiany sign & trade - wśród nich wymieniało się Atlantę, czy Denver. Mam jednak nadzieję, że Stan Van Gundy też to widzi i zrobi wszystko, żeby zapewnić Monroe bezpieczną przyszłość w Motown.

Sztab w komplecie

Jeff Bower i Stan Van Gundy podczas konferencji prasowej
Coach Van Gundy zatrudnił już asystentów. Weteran NCAA oraz NBA, również jako główny coach, Brendan Malone wraca do Detroit, gdzie pracował jako asystent w latach 1988 - 95 i miał swój wkład w dwa tytuły mistrzowskie. Jego specjalnością jest defensywa i ponoć był głównym architektem obrony zespołowej przeciwko Jordanowi, tzw. Jordan Rules. W Toronto Malone był pierwszym coachem, kiedy generalnym menedżerem był Isiah Thomas. Generalnie, Malone zwiedził dużą część ligi, choć pozostaje związany z klubami ze Wschodniego Wybrzeża. W latach 2007 - 12 pracował w Orlando u boku Van Gundy'ego. Syn Brendana, Mike Malone jest obecnie coachem Sacramento Kings. Analizą statystyczną, układaniem strategii i planów meczowych meczowych zajmie się Charles Klask, który pracował już w Detroit jako analityk wideo, a ostatnio w latach 2011 - 13 jako asystent. W międzyczasie spędził 10 lat w Orlando, gdzie również miał okazję dobrze poznać się z Van Gundym. Wywodzi się z Michigan i jest absolwentem Michigan University. Sztab trenerski dopełnia Bob Beyer, który przez 30 lat zwiedził wiele klubów NCAA i NBA, pracując jako skaut oraz asystent. Z Van Gundym pracował w Magic w tych samych latach co Malone. Na poziomie uniwersyteckim miał okazję pracować dla Boba Knighta w czasach jego kariery w Texas Tech. Ostatnie dwa sezony spędził jako asystant Golden State i Charlotte.
Adam Glessner również przeprowadza się z Charlotte, gdzie był asystentem. Sprawdził się w NCAA, gdzie był m.in. asystentem Billy'ego Donovana na Florydzie, kiedy Gators zdobywali mistrzostwa.  Z Van Gundym pracował w Magic jako analityk i koordynator wideo. W Detroit będzie odpowiedzialny za skauting.

Zdaję sobie sprawę, że są to lakoniczne informacje. Przygotowanie i prowadzenie drużyny to wysiłek całej rzeszy ludzi. Praca, którą wykonują za kulisami jest przeważnie niewidoczna, nawet dla zagorzałych fanów. Właściciel, prezydent, główny menedżer, coach, zawodnicy - to oni reprezentują większą grupę ludzi, którzy pracują na wspólny sukces. Niestety na nich przeważnie kończy się rozpoznawalność. Skauci, asystenci, analitycy, trenerzy od przygotowania kondycyjnego, rzutowego, dietetycy, psychologowie, etc. - rzadko możemy dostrzec i właściwie ocenić ich pracę. Osobiście żałuję,  bo kulisy prowadzenia organizacji w NBA uważam za temat równie ciekawy co owoc ich pracy, czyli grę drużyny. Szczególnie polecam w tym kontekście, książkę Breaks of the Game - relację z sezonu 1980/81 Portland Trailblazers utkaną z często osobistych historii graczy, skautów, trenerów, właścicieli, menedżerów i wielu innych, którzy byli wówczas związani z NBA i koszykówką w ogóle.

A skoro już wspomniałem o zarządzaniu, prezydent Van Gundy zatrudnił nowego generalnego menedżera w osobie Jeffa Bowera. Bower tak się tym przejął, że zgolił firmowe wąsy. A może to Van Gundy postawił sprawę jasno: Słuchaj, tutaj tylko jeden z nas może nosić wąsy. Ja jestem szefem, więc ... Tak, czy inaczej, Bower to bardzo dobry wybór z dwóch powodów:
  1. Nie jest to Stu Jackson, ani Otis Smith, którzy wcześniej współpracowali ze Stanem, a których dorobek jest dość kontrowersyjny. Obydwaj byli wymieniani jako kandydaci w Detroit i żaden z nich nie dostał pracy. Bower jest bardziej doświadczony, ma większe sukcesy ... jest po prostu lepszy.
  2. Jeff Bower to bardzo dobry GM. W Nowym Orleanie odbudował siłę Hornets, m.in. wybierając w drafcie graczy, jak Baron Davis, David West i Chris Paul. W latach po huraganie Katrina, kiedy Hornets występowali w Oklahoma City, Bower zbudował wokół CP3, Westa, Tysona Chandlera zespół, który twardo walczył w play off. Chandlera sprowadził za J.R. Smitha, co samo w sobie jest wyjątkowe. Przeszedł wszystkie szczeble kariery od skauta do GMa. Ma również sukcesy na poziomie uniwersyteckim, dokąd powrócił w 2013 jako coach Martst College. Z Van Gundym znają się i szanują od lat. Nie współpracowali wcześniej tak blisko, ale są nawet do siebie podobni. Z resztą zobaczcie sami
 Zatrudnienie Bowera to potencjalnie wielki krok naprzód. Co do asystentów, tak jak pisałem, trudno ocenić. Na pewno Brendan Malone, ze swoim doświadczeniem, jest osobowością i wręcz instytucją. Stan's got a plan!!!

Pistons tracą wybór w drafcie

Miałem nosa, że nie zajmowałem się w tym roku draftem. Pistons mają już młodych utalentowanych graczy, którzy mogą wyrosnąć na gwiazdy oraz możliwości budżetowe na najbliższe lata. Wydaje mi się, że potrzebują zawodników ogranych, którzy będą podejmować dobre decyzje i poprawią spacing wokół Drummonda i Monroe. Jednak trudno zaprzeczyć, że kolejny rookie z pierwszej dziesiątki bardzo przydałby się Pistons, szczególnie na obwodzie. Tymczasem podczas wtorkowej loterii Cleveland (1,9% szans na pierwszy wybór) wskoczyło do Top 3 i ostatecznie wygrało draft (pewnie znowu zmarnują wybór ... no dobra już dobra). Jako, że Cavs byli rozstawieni niżej, Pistons spadli na 9 miejsce i, na mocy warunków transferu Bena Gordona za Corey Maggette, przekazali swój wybór do Charlotte. Tak więc cała kiepska gra/tankowanie na nic. Cóż, trudno było się tego spodziewać przy prawie 83% prawdopodobieństwie utrzymania ósmej pozycji. Biorąc pod uwagę oczekiwany postęp pod wodzą Van Gundy'ego, w przyszłym roku Tłoki oddałyby Charlotte niższy pick. Potrzebowaliśmy tego wyboru, ale przynajmniej fundamenty pod dobry zespół już są położone. Trudno. Teraz do roboty!!

SVG będzie rządził w Detroit


Nie zanosiło się na to. Podobno zarząd zatrudnił firmę doradczą, która miała przygotować listę kandydatów i ich profile. Ale kiedy okazało się, że Stan Van Gundy może być zainteresowany, lista poszła do kosza. Tom Gores i jego ludzie działali szybko, żeby nie stracić Van Gundy'ego na rzecz Golden State. I tak, Stan Van Gudny obejmie rolę coacha, jak również menadżera do spraw operacyjnych. Czyli będzie odpowiedzialny za transfery, i szerzej, konstruowanie składu. Na pewno nie będzie działał sam, ale władza, którą dostanie w Motown jest porównywalna tylko z tym ile ma do powiedzenia Gregg Poppovich w San Antonio, Doc Rivers w L.A. i może jeszcze kilku utytułowanych szkoleniowców, ale w sposób mniej sformalizowany (np. Rick Carlisle w Dallas).

Pamiętam jak czytałem wywiad ze Stanem, w którym mówił, że o ile brakuje mu pracy, to ceni bliskość rodziny - żony, dorastających córek, z których jedna gra w koszykówkę, i syna. Nie zanosiło się na to, że miałby wrócić, tym bardziej, że odrzucił kilka interesujących ofert. Detroit na pewno nie wyglądało jak jedna z nich, a przywołując miażdżącą krytykę zarządzania zespołem i traktowania szkoleniowców, którą swego czasu wystosował jego brat Jeff, naprawdę trudno było przypuszczać, że SVG na miejsce swego powrotu wybierze akurat chłodne Michigan (podobno ceni ciepło i słońce Florydy).

Co więc zadecydowało? Kontrakt na pięć lat, 7mln $ za sezon to dobry wabik. Ale zapewne kluczowa była gotowość do przekazania w jego ręce pełni kontroli nad decyzjami personalnymi dotyczącymi składu. Van Gundy dotychczas nie pełnił roli menedżera, ale przynajmniej nie będzie potencjalnego konfliktu na linii coach - GM. Pistons oddali w jego ręce klucze do zespołu i, mam nadzieję, dadzą mu czas na wprowadzenie zmian.

A jakich zmian możemy się spodziewać? Van Gundy słynie z przygotowania taktycznego i ścisłego trzymania się szczegółowo zaprojektowanego systemu. Nie będzie niewiadomych co do oczekiwań coacha. A jeżeli się nie podoba, to proszę poskarżyć się przełożonemu  ... aaa, przecież to też Stan. Może więc już lepiej słuchać i egzekwować najlepiej jak się da. Prerogatywy, które Van Gundy będzie miał w Detroit czynią go odpornym na niesubordynację ze strony zawodników.

Jaki system wprowadzi w Detroit? Drużyny prowadzone przez Stana zawsze plasowały się w pierwszej dziesiątce pod względem defensywy. Stan mocno akcentuje powrót do obrony i szybkie ustawienie, kosztem zbiórek w ataku. Zdecydowanie preferuje trzymanie pozycji w stosunku do polowania na przechwyty. Dla graczy, takich jak Andre Drummond i Brandon Jennings będzie to zasadnicza zmiana. A w ataku? Mówisz Van Gundy, myślisz Orlando z Dwightem Howardem w środku i czterema strzelcami na obwodzie. Jako, że Drummond przypomina młodego Howarda, można sobie wyobrazić, jak rozwijałby się w takim ustawieniu i pod czujnym okiem kompetentnego szkoleniowca. Ale tamte Orlando to produkt decyzji wielu osób i proces, w który Van Gundy nie zawsze był włączony, a do którego czasem miał zastrzeżenia. W Miami grał ustawieniem z dwoma wysokimi w środku i też odnosił sukcesy. Za wcześnie więc przypuszczać, że Detroit pozwoli odejść Gregowi Monroe, żeby za wszelką cenę szukać PF z rzutem z dystansu. A jest jeszcze Josh Smith ... Van Gundy podobno od razu przekonał wszystkich decydentów ze sztabu Pistons, swoją wizją i pomysłami. Można więc jedynie powtórzyć, że Stan przygotuje system, którego będzie się ściśle trzymał, ale który będzie też skrojony pod możliwości zespołu. Natomiast jak i jak szybko uda mu się przetasować skład pozostaje niewiadomą i zdecydowanie najciekawszą historią, rozpoczynającego się w lipcu okna transferowego.

Van Gundy będzie działał na własnych warunkach i na własny rachunek. Nie będzie Pata Riley, który odebrał mu w Miami prowadzenie drużyny, z którą w tym samym sezonie zdobył mistrzostwo. Nie będzie przedłużającej się sagi transferowej rozkapryszonej gwiazdy. Co nie znaczy, że będzie łatwo. Ale Stan Van Gundy jest coachem, który naprawdę potrafi zrobić różnicę. Jest utytułowany, doświadczony i choć nie jest zbyt elastyczny, wniesie do rozbitej drużyny pomysł i przygotowanie, którego nie było w Detroit co najmniej od czasów Flipa Saundersa. Kto ma wątpliwości, niech zestawi Van Gundy'ego z Michaelem Curry, Johnem Kuesterem, Lawrencem Frankiem, Mo Cheeksem i Johnem Loyerem. Widać różnicę?

Brawurowy ruch i doskonały pomysł. Powodzenia!!!

Oniemiały

Piszę o końcu sezonu, ale tak naprawdę sezon Pistons skończył się już ponad miesiąc temu, kiedy stało się jasne, że nie mają szans nawet na ostatnie miejsce play off w słabej Wschodniej Konferencji. Odtąd porażki zaczęły być cenniejsze od zwycięstw, bo żeby utrzymać swój pick w drafcie, Tłoki muszą zostać rozstawione w pierwszej ósemce. W przeciwnym razie, wybór leci do Charlotte na mocy umowy transferowej Bena Gordona. Trudno ustalić na ile aktualne porażki są wynikiem walki o draft, ale wcześniej nie było dużo lepiej. Przynajmniej Pistons nie muszą się zbyt wysilać, żeby przegrywać. Mieliśmy więc mieć rok przełomu i ekscytacji nowym, a mamy chyba najbardziej rozczarowujący sezon ostatnich, chudych lat. Nie najgorszy, ale naprawdę wyczerpujący. Było na co popatrzeć, jeżeli chodzi o hajlajty, ale to by było na tyle. Sukcesy indywidualne, głównie Andre Drummonda, nie przełożyły się na wynik drużyny.

Joe Dumars zaryzykował i ponownie przestrzelił na rynku transferowym. Nie należy tracić nadziei co do Brandona Jenningsa i Josha Smitha, ale nie ma nadziei dla Tłoków w obecnej konfiguracji. Tom Gores nie pomagał. Najpierw zatwierdził i/lub współuczestniczył w budowie obecnego składu, potem wymusił zwolnienie Mo Cheeksa, co było w zasadzie groźnym, ale spóźnionym pomrukiem zniecierpliwionego inwestora. A cierpliwość będzie mu potrzebna. Cierpliwość  i zaufanie do następcy Dumarsa. O ile od czasu zwolnienia Cheeksa jasne było, że Joe D, któremu kończy się kontrakt, jest kandydatem do opuszczenia stanowiska, o tyle teraz pojawiły się przecieki, że sam może zrezygnować jeszcze przed końcem sezonu.

Tym samym, ekscytację musimy odłożyć na kolejny rok. Ekscytację, bo mimo całej nędzy, Pistons można dosyć szybko przestawić na właściwe tory. Nie trudno będzie znaleźć solidnego coacha, o niebo lepszego niż Cheeks. Nie musimy już czekać na draft, bo w składzie są gracze szczęśliwie wybrani w ostatnich latach - Greg Monroe i Andre Drummond. W lecie, wobec wygaśnięcia umów Charliego Villanuevy i Rodney Stucky, Tłoki będą miały środki, żeby podpisać solidnych wolnych agentów, z których pierwszy powinien być Greg Monroe. Gorsze kontrakty niż umowa Josha Smitha były przedmiotem transakcji. Poza tym, w innej konfiguracji, Smith wciąż mógłby przynajmniej częściowo odbudować swoją wartość. A kilku młodych graczy na korzystnych umowach może ułatwić transfery.

Są więc możliwości i nadzieja nie jest bezpodstawna. Wystarczy podejmować rozsądne, nie koniecznie spektakularne, decyzje i inwestować w rozwój Drummona i Monroe. Niby niewiele, ale zmiana byłaby jednak zasadnicza. Dotychczas Detroit było miejscem gdzie kariery przygasają, a talent się marnuje. Odejście Dumarsa oczyści atmosferę z ciągnących się domysłów na ile decyzje ostatnich lat były jego suwerennymi wyborami. Dziedzictwo Joe D jako generalnego menedżera to temat na całą osobną rozprawę. Tymczasem, wspominając licealne klimaty, chętnie pożegnam go fragmentem z "Trenu Fortynbrasa":

Żegnaj książę czeka na mnie projekt kanalizacji
i dekret w sprawie prostytutek i żebraków
muszę także obmyślić lepszy system więzień
gdyż jak zauważyłeś słusznie Dania jest więzieniem
Odchodzę do moich spraw Dziś w nocy urodzi się
Gwiazda Hamlet Nigdy się nie spotkamy
To co po mnie zostanie nie będzie przedmiotem tragedii


a jeszcze lepiej:

We just want ya'll to have a good time
No more drama in your life



Sam Joe pewnie czuje się tak, jak wyśpiewał to jeden z gigantów Motown.

           

Ale to jak czuje się Joe, już niedługo nie będzie istotne. Więc pożegnajmy ten sezon gorzko, ale z nadzieją.


Good night and good luck!!

Czy jest jeszcze nadzieja?

Biorąc pod uwagę obecny bilans, Pistons są na drodze do 34 zwycięstw w sezonie czyli gdzieś pomiędzy wynikiem z zeszłego roku, tj. 29 i przewidywaniami, czyli w przedziale 39 - 42. Oczywiście to, że są na drodze nie znaczy, że taki wynik osiągną, bo grafik mają raczej  trudny. Jeżeli znajdą się poza play off, ale nie w najgorszej ósemce ligi, oddadzą swój pick w drafcie do Charlotte, zgodnie z ustaleniami wymiany Bena Gordona. Obecnie nikt w drużynie nie myśli o tankowaniu, a szczególnie jej właściciel Tom Gores, który zdaje się podzielać nastroje fanów i ma już serdecznie dość miernoty.

Pistons nie byli aktywni przed zamknięciem okna transferowego, choć pojawiały się pogłoski, że sprawdzali popyt na Josha Smitha. Gores zapowiedział przed sezonem, że oczekuje awansu do play off. Drużyna zawodzi, ma graczy na kończących się kontraktach (Stuckey, Villanueva) oraz zbyt wielu wysokich, a mimo tego nie decyduje się na żaden ruch. Wydaje mi się, że świadczy to o ograniczeniu roli Joe Dumarsa. Gdyby miał wolną rękę, zdecydowałby się, chociażby na niewielkie zmiany. Możliwe, że Gores nie jest już w stanie zaaprobować żadnych propozycji Dumarsa i nie chce, żeby jego posunięcie w jeszcze większym stopniu obciążyły przyszłość Tłoków.

Po przerwie na weekend All Stars, Pistons przegrali dwa mecze z Bobcats (niebawem już Hornets), czyli z bezpośrednimi rywalami do ostatnich miejsc w Top 8 na Wschodzie. Wygrali z Hawks, którzy są obecnie na 8 miejscu, ale 3 wygrane do przodu. Po przegranej z Mavs u siebie, czeka ich dalsza konfrontacja z drużynami z górnej części tabeli Zachodu - Warriors, Spurs i Rockets. Z kolei, patrząc na Wschód, trudno znaleźć w pierwszej ósemce ekipy grające gorzej od Tłoków. Bobcats mają w środku Ala Jeffersona, który rozgrywa świetny sezon, dobrą defensywę i ruch piłki. Brooklyn jest coraz lepszy, mozolnie pnąc się ku górze. Nadzieja w Hawks, którzy zdziesiątkowani kontuzjami, opadają z sił.

Los Tłoków nie jest już więc tylko w ich rękach, ale muszą grać chociaż trochę lepiej niż dotychczas, żeby w ogóle dać sobie szansę. Awans do play off z ostatniego miejsca, byłby minimalnym sukcesem i nie zmieniłby obrazu tego sezonu. Ale mało który kibic ma cierpliwość, żeby zacząć spoglądać w stronę draftu i cieszyć się przegranymi, nawet jeśli w dłuższej perspektywie, byłoby to korzystne.

Andre Drummond ALL STAR Rising Stars MVP !!!

Andre Drummond powiedział chciał pokazać, że dorósł już do gry z dużymi chłopakami i powinien też wystąpić w niedzielę, w "dorosłym" All Star, jak Damian Lillard i Anthony Davis. Ale niczego nie siłował ani, nie zabierał nikomu gry. A wysokim graczom nie jest łatwo pokazać się w meczu, gdzie gra toczy się często 1 na 1 na obwodzie i nikt się nie zawaha przed rzutem. Dre grał tak jak potrafi i jak to robi na co dzień - zbierał, dobijał, łapał loby. Przed meczem czułem, że jest potencjał, żeby sprawy właśnie tak się potoczyły. 25 zbiórek to rekord spotkań młodych All Stars. Dre dodał też 30 punktów i nawet szalona wymiana między Timem Hardawayem Jr, a Dionem Waitersem nie przesłoniła jego osiągnięcia. Staje się coraz bardziej jasne, że Drummond wyrasta na franchise playera. Może na szczytach organizacji dojdzie do zmiany warty. W takiej sytuacji nie zdziwiłbym się, gdyby nowy GM zdecydował się budować drużynę wokół Dre, a'la Orlando z Dwightem Howardem. Tymczasem gratuluję i do zobaczenia w głównym meczu wieczoru za rok!!


Zły czas, dobry czas

Pistons stali się właśnie pierwszą drużyną sezonu 2013/14, która zmieniła szkoleniowca. Pomijając cały żałosny kontekst zwalniania kolejnego coacha i to w rekordowym tempie, trzeba ocenić czy to wyjdzie drużynie na dobre. Mo Cheeks nie poradził sobie z dopasowaniem elementów osobliwego składu i zamiast postępu był regres. Tłoki mają bilans 21-29 i jakby na to nie patrzeć, jest to porażka. Czy John Loyer będzie lepszy? A jeżeli Pistons zdecydują się zatrudnić nowego coacha w trakcie sezonu, czy ten będzie w stanie odmienić los drużyny, która ma już ustalone zagrywki i taktykę? Klub ma ponoć oko na Lionela Hollinsa, a ten odwzajemnia uczucia. Byłoby super, gdyby ten związek został skonsumowany. Ale Hollins też nie dokona cudów. Praca, którą wykonałby w tym sezonie, zaprocentowałaby w przyszłym. Natomiast jeżeli Tłoki dograją ten sezon pod kierownictwem Johna Loyera, jak to wpłynie na wynik i atmosferę w zespole? Jeżeli więc Tom Gores, bo już wiemy, że nie Joe Dumars, zwolnił Cheeksa tylko po to, żeby się go pozbyć, kryzys może się pogłębić. Jak zareagują gracze, wiedząc, że pracują dla tymczasowego coacha, a potem nie wiadomo? Czy ich konflikty z Cheeksem były na tyle silne, żeby odebrali zmianę pozytywnie? Czy John Loyer, który bądź co bądź, jest w sztabie Pistons już trzeci sezon, będzie miał szacunek zawodników? Ponoć ma kompetencje i osobowość, ale łatka "tymczasowy" jeszcze nikomu nie pomogła. Z drugiej strony niejeden coach zaczynał jako interim, żeby zostać na długo na najwyższym stołku. 

Sytuacja na szczytach organizacji staje się skrajnie niestabilna, bo Tom Gores się zniecierpliwił i zaczyna potrząsać drzewem. Pierwszy spadł Mo Cheeks, ale staje się jasne, że następny będzie Joe Dumars. Można krytykować timing pozbycia się Cheeksa, ale Gores dał jasny komunikat, że nie zamierza tolerować lipy. Stracił cierpliwość, postępuje niekonsekwentnie i impulsywnie, kieruje się emocjami, a nie rozsądkiem. Zachowuje się jak przeciętny fan. Dyskredytuje GMa i destabilizuje drużynę. Ale czy jest co destabilizować i, co ważniejsze, w imię czego trwać w takiej stabilizacji? Środek sezonu to nie jest dobry czas na zmiany, ale czy jest to dobry czas na porażki? Nie ma Cheeksa, Joe Dumars się schował i nie rozmawia z mediami. Jest Tom Gores i jego złość. Czy John Loyer pomoże Pistons uratować sezon? Nie sądzę, choć w krótszym okresie może dać pozytywny impuls. Czy i jak Tom Gores odmieni Pistons? Zobaczymy. Kto będzie mu szeptał do ucha i się przed nim tłumaczył? Nie wiem, ale nie będzie to Joe Dumars.

Mo Cheeks zwolniony!!

W ostatnim trudnym okresie Pistons ponoć zaprzeczali, że wykazują jakiekolwiek zainteresowanie wymianą Grega Monroe. Mo Cheeks sadzał na dłużej na ławę Drummonda, z czego ten był wyraźnie niezadowolony. Josh Smith też miał swoje potyczki z Cheeksem, a Will Bynum otwarcie skonfrontował się z coachem podczas meczu z Orlando. Tom Gores mówił, że ma wysokie oczekiwania, ale wierzy w zespół i w jego potencjał rozwoju. Cóż, widać nie pod kierownictwem Mo Cheeksa. Wg. informacji Adriana Wojnarowskiego z Yahoo, Cheeks został właśnie zwolniony. Pistons mają bilans 21-29 i wyraźnie zawodzą. Cheeks jest osobowością i nie dał się zahukać jak John Kuester czy Lawrence Frank. Ale przegrane są ostatecznym argumentem. Na nie nie ma mocnych. Tylko co teraz? Zmiana jest najprawdopodobniej zainicjowana przez Toma Goresa. Czy właściciel Pistons ma więc jakiegoś lepszego kandydata? Na razie dotychczasowy asystent John Loyer poprowadzi Tłoki, ale nie jest jasne czy do końca sezonu, czy może tylko do jak najszybszego zatrudnienia nowego trenera. Podobno Lionel Hollins, któremu Pistons oferowali posadę asystenta Cheeksa i której to propozycji rozsądnie odmówił, jest zainteresowany. Ale czy chciałby przejąć drużynę w środku sezonu?  No i w końcu jaki jest status Joe Dumarsa, skoro Tom Gores włączył ręczne sterowanie? Dumars jest w ostatnim roku kontraktu i skoro jego pracodawca właśnie wymógł zwolnienie coacha, którego Joe zatrudnił na 3+1 lat, to jak to świadczy o decyzyjności GMa? Czekamy na więcej szczegółów.